Poezja

 

między palcami

kiedy nie mam siły na kłamstwo
nie spoglądaj w oczy nie udźwigniesz słów
zastygłych pod lodem

jutro bezpiecznie opowiem o parkowych roztopach
powiesz że wódka zimna a zima ostra
zgodzimy się że Brodsky był zbyt subtelny
a Hłasko skażony wojną

spokojnie dotrwam do końca zdania
perfekcyjnie opanuję drżenie rąk
przy zapalaniu papierosa

luty 2017 r.

 

koniec wielu

dekadentyzm to mocne słowo. jak kurwa
rzucone nad masowym grobem. pojemne
pasuje do ciebie bardziej niż bym chciała
przyznać. rację mają odchodzący wcześnie

nie muszą udawać że świat jest. on bywa
cholernie rzadko. zwykle pijesz wtedy wódkę
i ślinisz kartkę. przez zęby wypuszczasz dym cedzisz
show must go on. trzeba pochować kolejną atlantydę

patrzę na ciebie w lustrze i choć boję się śmierci
znowu zakładam czarne spodnie i golf. chcę być gotowa
na chłodny dotyk i gorące słowa dead can dance

luty 2017 r.

 

* * *

ta ostrość widzenia. ja prorok ty demiurg
żadnych ludzkich twarzy. wokoło zimna mgła
od czasu do czasu stykają się dłonie w poszukiwaniu
czegoś cieplejszego od Mont Blanc

wyjadamy sobie słowa z ust. są słone w smaku
jak morze albo łzy. para szroni wargi
powieki przymarzają do policzków
trzymamy się na odległość książki

5 maja 2016 r.

 

Wino

to nie południe
a jednak temperatura ciała wzrasta
wraz z nią do zenitu dochodzą emocje
wszyscy są tacy piękni i pierwszy krok lekki
do tańca i do różańca

to nie południe
a wino pachnie lekkim owocem i słońcem
kobiety mają burgundowe sukienki
panowie kapelusze panama
i ton lekki się toczy z ust do ust

to wieczór
zaraz chłód nas otrzeźwi, lecz jeszcze mów do mnie
prosto i szczerze mów
in vino veritas. i w oczach

28 sierpnia 2015 r.

 

* * *

staję w parku
zdumiona intensywnością umierania

pomarszczone liście pnie posiwiałe
przygarbiona cisza
bo jesień bo zaduma bo zdumienie

kładę się na wielobarwnym katafalku
uciszam szelest składam dłonie
i czekam na śmierć

klękają nade mną słowa o pięknie i młodości

zaciskam lęk w palcach przesuwam paciorek guzika
i żyję nadal
zdumiona intensywnością

29 listopada 2014 r.

 

czas pokoju

jest niespokojnie. zawsze. od zawsze. moje zawsze.
walka z ograniczeniem szczebelkami kończyła się utkwieniem
nóżek na zewnątrz. w późniejszym czasie nastąpił wyłom
i można było swobodnie znikać w dywanie

potem ślinotok i pięści. wszędzie siniaki i dziura w szafie.
utkwił w niej but. męski. lakierowany. we mnie utkwił widok
na kuchnię. znikanie się nieco skomplikowało
z powodu wyprowadzki dywanu

siedem lat tłustych jak dżdżownica na haczyku
walka o terytorium i uwagę decydentów pokoju
my tu. oni tam. ja nigdzie. wszędzie lepko od śluzu.
dywan zastąpiły płytki pvc. i materace z foteli

ołtarz. cienie na ścianach kościoła. deszcz poddał się
w walce o przyszłość. Marija regina mundi. vigilamus
pokalane poczęcie i czekanie na życie które nadchodząc
uszkodziło parkiet w stołowym. już się nie chowam

przewrót nastąpił podczas śnieżycy. wszystko stanęło na dachu
mikropułapki. mikrouszczerbki. mikroby. przeciwciała
przeciw ciału. ciało się boi. znika

13 listopada 2014 r.

 

tatar

nie zdążyłam spytać o krymskich Tatarów
jak smakował wiatr paliło skórę słońce
jak spływała woda po spoconej twarzy
i pachniały kwiaty stawiane w gliniance

widzę chłopiec biegnie za bosą dziewczyną
warkocz tłucze plecy przy każdym podskoku
głowa w półobrocie zza ramienia uśmiech
przez drogę przebiega czarno-biały kocur

nie wiem skąd ta wizja film a może książka
słońce razi w oczy biała chusta w ręce
w bramie szara twarz i szare martwe oczy
potrzaskany obraz zajmujący wnękę

8 lipca 2014 r.

 

tam

czerwone słońce utopiło się w moim brzuchu nie w morzu
wyparowało zostawiając kryształki soli na twarzy
zostawiam w piasku ślady dłoni obserwuję jak morze połyka je
potem zlizuję sól z warg i konotuję erotyzm sytuacji
intymność jest całkiem na miejscu klęczy obok patrzy

6 lipca 2014 r.

 

w przejściu

patrzymy z zainteresowaniem
lustrujesz moje nagie stopy i łydki
swobodę rudych włosów wisior na piersiach

przesłaniam ramiona chustą choć nie czuję nagany
wstyd nie jest tak naturalny jak uśmiechy
które posyłamy dyskretnie

gest twojej ręki jest szybki spłoszony
mówi tyle ile skrywa zawój
drobne stopy klaszczą po posadzce

dla mnie to orient
dla ciebie święta codzienność

 

cień nad Bizancjum

nic nie jest proste kiedy przypieram czoło do muru
łuki z kamienia i nieba rozrąbane w antyku
brutalnie jak pękająca chmura
kolejna i nieostatnia a jednak ostateczna
trwają w defekcie nabierają dystynkcji

wielu tu stało przede mną
grożąc klifom skokiem lękając się kotłów piany i nicości
goniło mewy i albatrosy aż po zniknięcie
walczyło z wiatrem i błagało wszystkich i Nikogo o cokolwiek

i nic
nie przyszło od morza
nie wzruszyło się
nie poruszyło
prócz cienia sunącego na azymut

 

lęk przestrzeni

niesie mnie prąd
nie ma nic wspólnego z wolą
wszystko dryfuje ze mną

będzie sztorm zostanę na łasze
i niełasce oddalenia

zamażę niebo poplamię
zamknę w ramie horyzontu
wszystkie ratunkowe łodzie

nieposłuszne ptaki chwycę w locie
nauczę je prawdy
- niebo jest jak morze które nie ma końca
i nie płyną nim żadne tratwy

 

puste powieki kamieni

twarze posągów są kłamstwem
kamienie nie żyją nawet nie umarły
zastygły bezmyślnie post factum

udają westchnienia powietrzem dryfuje pędzel
na ustach zakwita plama czerwieni
i strach przed opieszałością pigmalionów

kruszy skulone ramiona kaleczy oczodoły
wstyd opada na piersi jak strzęp lnu

pot płynie skronią

 

zatopiona wyspa

zatopiono moją Lituanidę
nie leję łez
wiedząc że wyspy - majaki
grzęzną w legendach
jak w bagnie

bogowie - umarli
zostali w snach dziadów
na liście rekwizytów 

do performance artysty

 

trzynastego dnia (Łazarze)

zagryzam głód orzeszkami nerkowca. nie ma nikogo kto zrobiłby posiłek
odczuwam głód więc jest dobrze. mówiono mi że łakną zdrowi
przyglądam się paznokciom którymi  zagryzałam czas. jednak

udało się wyrwać cieniom i zapuścić je na tyle by móc wbijać
w plecy kochanków z lektur i filmów. zamiast w ziemię

trzynaście razy dziennie płaczę nie tylko na filmach. podobno oczyszczam się z emocji
tyle samo razy obijam się o zimne ściany przy zamknięciu oczu i słyszę krzyki
to też dobrze. krzyczą żywi. mam dziewięć ramion a muszę zapalić
po jednej świeczce za każdy głos. jutro wstanę i pójdę

 

listy

zostaw. one nie są puste
tyle w nich tęsknoty i pociechy
czułość potyka się w pośpiechu o kanty liter
tu zaplątał się kleks. jest taki staroświecki

kiedy zmyślam kolejny list zapadam się
głębiej w fotel. przysuwam do kominka
tu cieplej i nie tak pusto
jak we mnie

 

nizarytka

mężczyzna z butelką wina usadowił się nad jeziorem pokrytym cienką warstwą lodu
jest go akurat tyle by można było paznokciem naskrobać wyznanie którego nie przeczytam
między uchem a ramieniem kryje się tęskność i lęgnie strach przez ciepłem
i tym że zamknięte w klatce sitowia tracze nie zdołają zasnąć przed roztopami

to wszystko wiedźmińskie sztuczki spadającej komety
złapana za warkocz plecie o zaśniedziałych snach miedzianych jawach
plecie baśnie o szalikach zasłaniających moją nieobecność nad jeziorem po zmroku

rozplatasz jej włosy. opadają na moją rumianą twarz

 

metafora

mówię że umieram
a ty okrzykujesz to piękną metaforą
jak delikatnie wytłumaczyć
że serce słabsze niż dwa wiersze temu
i że przeźroczystość nie przejdzie
z zażyciem aspiryny

pamiętasz wzruszenia
drążąca broda na twoim ramieniu
mówiłeś trzymam cię mocno
jesteś taka blada jak kartka


właśnie wtedy zaczęłam
leczyć się z życia

 

oswajanie

stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to co oswoiłeś
[Antoine de Saint-Exupéry]


w tę podróż zabiorę z pewnością Damę Kameliową
Małgorzata tak pięknie umierała i tyle było chustek wokół
poczucia obowiązku potu na szyi i pustki której można było dotknąć
zanim skończył się pierwszy rozdział

pytasz dlaczego płaczę gdy mnie coś wzrusza
to nie wzruszenie to wiedza że odejścia mają swój smak
krwi w chusteczce i że nie ma nic wzniosłego w śmierci
bo zanim czegoś dotkniesz już pęka rdzewieje i znika
a tyle piękna jest w prochu co brzydoty

zabiorę też trzy ziarna grochu jedno w razie poczucia głodu
drugie utraty czucia w ciele a trzecie rzucę za siebie
gdy usłyszę miarowe kroki i cień ucieknie mi spod nóg
oswoję ją zanim się spotkamy wzrokiem

 

o wyższości Newtona nad Archimedesem

analizujesz moje parametry. wyliczasz całki
nieskończenie wiele wartości na jednej linii
talii. palcami rysujesz wykresy. zapełniasz pola
punktami asymetrycznie rozkładającymi się po obu stronach
delty. powodujesz przekształcenia liniowe
mieszasz plusy i minusy. roztrącasz hiperrzeczywistość
tuż przed wynikiem myli się rachunek różniczkowy
spadamy prawem Newtona

 

filiżanka

patrzenie na tę filiżankę sprawia mi przyjemność.
domyślam się dawnej wartości płynu który podnosiła
do ust wąskich i bladych. rozmów błahych i lekkich
jak firanki w rozwartych na oścież oknach.
ręcznie malowane kwiatki dowodzą że delikatność
może przetrwać w czasach arcorocu i piramidek.
szkoda że internetowe witryny nie mają szyb.

 

umarli potrafią tańczyć

w odbiciu na szybie
za plecami żywych i im na przekór
albo wbrew oczekiwaniom że dadzą spokój
tym wszystkim żyjącym z przyzwyczajenia
z wyrachowania z przepicia
 
to myśli i osobowość nie dusza
dusza to mit
widzisz
nic tam nie ma
cień na twoich plecach to pamięć

 
pamiętaj

 

w oszukiwaniu snu

drobny druk męczył oczy.
było tam o śnie. pewnie na złość
bohaterowie biegali po łąkach.

byłam Albertyną to znowu Gilbertą
kotem na wierzbie. wierzbą
spadałam na cztery łapy. zawsze
nieuchwytna myśl że jednak nie ja
pojawiała się i znikała
w tym samym momencie.

jak we śnie. na jawie
zdrętwiało mi ramię.

 

dwa razy 

na tym pomoście było inaczej
ryby tłoczyły powietrze w paszcze trzcin
majowe koty z marcowym owocem prężyły gracje
skakały w wodę
spały

tam była plama słońca
wypalone źdźbła ludzi piły zieleń
krzak fioletowego lilaka rozpraszał światło
świtało i grało
mlaskało

mokro dziś

bezradnie
bez
płodny
śpi

 

połowa serca

powieki drgają pod wpływem światła
przez szklaną ścianę nie widać uśmiechu
w kąciku poduszki

plastikowa pajęczyna oplotła
małe pół serca w piętnastoletnią
dzierżawę
śnisz

 

znów maj

ile byś dała za haust świeżego powietrza?
w okienku brakuje gwoździ, szybka poluzowana,
można wydłubać kit, nasycić się
panoramą rozmiarów sześć na dziewięć. upić
dymu z komina. dawniej smakował brzozą.

w pobliżu są tory, słychać wycie
głodnych psów, zdziczały – bezpańskie.
tutaj czasem wyje wiatr. kiedy nie wieje,
wciskam kolana pod brodę. potem uczę się chodzić
koło ciebie na czworaka. cztery to nie jest dobra cyfra.

wydrapałam kolejną kreskę na ramie,
jest ich już sześćset trzynaście, a słońce znów zachodzi.
na murze kwitnie czerwona plama
tamaryszku. martwo drapie powietrze.

kwiecień 2010

 

grzyby

zapach lasu, pleśni
skrzypi klamra bluszczu na płycie
Karl Engel + 25.5.1929

brzozy wyniosły na pniach
trupią biel z ziemi
kapitulują
pękają
jak kości pod ciężkim butem

maj to jednak nie pora
na smardze

 

podparte łokciami 

w końcu stołu para zmęczonych oczu
bez wyrazu. na języku zaczerwienienie
po modlitwach które potłukły
racje. moje twoje zdarowie

kurhan z porzuconych kamieni
ciąży ziemi kalectwem
nie ma komu cisnąć w okno. zza stołu
widać kopiec śniegu. była zamieć.

 

dzikie konie

zasypiam co noc inna
wkradasz się pod wiatr przez senne zarośla
by sprawdzić co cię jutro czeka
dzikie konie ułaskawiasz ciepłym głosem
grzywy spłoszonych źrebców
zaplatasz podług swojej woli
budzę się taka twoja

 

apotropeiony

kroki cichną znikają bolą
drogi w jedną stronę wracają z krzykiem.
nie żyjesz modlisz się językiem którego koniec
sięga apokalipsy ale nie pamięta początku

łopian jak ślubny baldachim chroni
i zasłania blade twarze ostów. szorują czołami glebę
nie trzęsie się drga w konwulsjach
deptana przez stada

schowałam świetlisty miecz Gabrielu
na twoim krześle zasiada świat
obcy i mściwy
czekamy

 

dobranoc

byłam lipą. piastowałam bogactwa jaj.
majowa korona zasłaniała widok na pragnienia
korzących się kobiet. rozdarły cylinder pnia.
zmarniałam żywicą.

teraz jestem Diewo rykszte
trzon młota. od czasu do czasu rozbijam
słońce na skorupy. korzenie zapleśniały bielą
z opadłych kwiatów. łabanakt.

 

larwy

bywa że patrzę z wysokości obcasów. obciągam
spódniczkę, dwuznacznie poprawiam włosy.
śmieję się z kiepskich żartów i szybciej mrugam
przy komplementach. moje biodra kołyszą się

kiedy idę lub tańczę. czasem oddaję pocałunek
z zamkniętymi oczyma, a czasem ustami
zamykam oczy. tylko wtedy, gdy słyszę
„nie mogłem spać”, znikam za drzwiami i słucham
chrobotu robaków. wiedzą, jak przetrwać.

 

czarna dziura

lubię wychodzić nocą w pole
sprawdzać kwadrę księżyca
choć i tak dobrze wiem co zobaczę
przyglądam się gwiazdom
kwazarom planetom

taka inwentaryzacja pozwala
przytrzymać nieruchomo latarkę
albo poły swetra bez guzików

moja obecność stała się niezbędna
dla ugorów i skib zaoranej ziemi
połknęłam czarną dziurę
i świecę do środka
nie będzie już leonidów nad wzgórzem

 

bezsenność

nocą strachy są większe
ramiona głębsze i szczere słowa
widziadła jaśnieją kocim okiem
na dłoni zanurzonej w parność

nocą mówi się alfabetem Morse'a
wystukiwanym deszczem
na parapecie okiennym
makijaż spływa solenną obietnicą

nocą jaśmin odurza mocniej
głośniej słowik nuci czereśniom
na zapas bo rankiem szpaki

a rano potrzeba całej wanny zimnej wody
aby nie zasnąć zanim się obudzi

 

u kanoników

nie jestem obłąkana
pragnę tego czego Bóg nie wymyślił
a ty żebro jabłko listek Adama
i akt posiadania bezpieczny

pantera w przysiadzie przed skokiem
bez ostrzegawczego mruknięcia
iskra pod skórą i zdobycz
bezbronne jagnię puszczone wolno
zbyt wolno na pokuszenie

kochaj mnie obłąkańczo boleśnie i gorzko
jak Werter jak kat i jak anyż
powstrzymaj proces oswajania endorfin
przemocą