Recenzje

Podróż nad Wilię albo granice realności

Izabela Wageman tomikiem „W oszukiwaniu snu” uwodzi czytelnika na kilka sposobów. Na przykład tematem. Będzie tu pamięć własnego dziedzictwa kulturowego albo subiektywna, nastrojowa chwila. Autorka zaprowadzi nas do domu swoich przodków, domu porzuconego gdzieś nad Wilią lub też do własnego, by pokazać swoje w nim gospodarskie królowanie. Wiersze wyglądają jak szereg akwarel malowanych ni to jawą ni snem. To taki poetycki sen na jawie o sprawach osobistych rozgrywających się na odległym planie pamięci ale i w teraźniejszym czasie bardzo przesądnej osoby czytającej ukryte znaki codzienności. Magia istnienia, w którą zanurza nas autorka nie znika nawet w sztafażu z samochodem:

„…
liść czerwony, więc to nie brzoza,
przywarł do szyby
samochodowej. wyłączam wycieraczki, zanim sprofanują
jego ciało.
hamuję, zdejmuję liść i odmawiam wiersz.
…”

„martwe pejzaże”

Poetka lubi ciemne tło dla swoich słów i obrazów, dlatego patronuje im noc, lęki i przeczucia, zła (traumatyczna) historia, pejzaż z kurhanem, mrok świątyni, sen i jego najgłębsza postać – śmierć. Obok wróżb i zaklęć towarzyszących świtom i wieczorom spotykamy wśród wierszy obrazy małego realizmu; mnie – czytelnikowi chyba najbliższe. To m.in.: „grzyby”, „noc kupały”, „umarli potrafią tańczyć”, a zwłaszcza wibrujący impresją „dwa razy”. Przemieszanie dziadowskich guseł dobrze znanych polskiemu czytelnikowi dzięki lekturze Mickiewicza, obecność duchów i bóstw litewskich obok pojęć i atrybutów chrześcijańskich (krzyż, cerkiew, Matka Boska Zielna, kapliczka) tworzy malowniczy i egzotyczny mariaż kulturowy, tym cenniejszy, że przywraca przedwojenny klimat wzajemnych związków krain, które dzisiaj nadal jeszcze nie mogą znaleźć wspólnej płaszczyzny porozumienia. Jeżeli jednak zachodnia racjonalność przemieszana intuicją i duchowością stanowi mianownik obydwu kultur powiązanych wspólnym losem wielu wieków, co rodzi oryginalną, estetycznie jednorodną poetykę tomiku, o tyle francuskie akcenty lekturowe („w oszukiwaniu snu”), greckie („pomiędzy”), niemieckie („Werter” – „ u kanoników”) czy obco brzmiące w całym zestawie terminy w rodzaju „piccasowska paleta” („w kolorze sepii”) wydają mi się tutaj czymś przypadkowym, tworząc jakieś silva rerum w zbytecznym nadmiarze. Inną kwestią jest spór świadomości samej Autorki z własną podświadomością, albo inaczej, spór współczesnego świata z filozofią świata minionego. Co dla współczesnego czytelnika może wydawać się etnograficznym lamusem, dla samej Autorki bywa samym sensem istnienia. Trzeba jednak podkreślić, że poetycki pobyt na ziemi Perkuna i Potrimpusa zostawia zdumiewające wrażenie takiego obcowania z Naturą, która mieszcząc nas w sobie mówi do nas językiem i żywiołów i językiem naszego własnego ciała o nas samych, tkwiących w zadufanej samowiedzy do momentu – gdy żyjąc „ z przyzwyczajenia” („umarli potrafią tańczyć”) obudzimy się „ofiarą na kamieniu z rozrzuconymi członkami i bezwładną głową” – aby zapytać: „kim jesteś. wiem że jesteś, gdy ja przestaję” („alkas”). Albowiem jak w Naturze, metamorfoza zabija tylko pozornie a tak naprawdę: „rośnie ci brzuch. niebawem urodzisz kolejne zdrowe urojenie.” I może tylko magia pozwala to urojenie przekroczyć. A także przywrócić czas. Powiązać na nowo świat żywych ze światem umarłych. Pogodzić ich obcość i oswoić. Potrafi to jedynie magia, magia słowa, w której Izabela Wageman stara się być mistrzynią. Niejednokrotnie budzi się w niej kriwis a czasem Weles, przewodnik po światach czystej magii czyli po wszelkich sztukach, także po poezji. Mam nadzieję, że w kolejnym wydaniu tomu „W oszukiwaniu snu” znajdzie się w Słowniku (bezcenna rzecz!) wyjaśnienie frapującej postaci Jaryły.


Oryginalna recenzja dostępna w sieci [tutaj].

/Jacek Sojan – poeta, krytyk, publicysta/