Recenzje

W p/oszukiwaniach z Izabelą Wageman
Teresa Radziewicz rozmawia z Jakubem Sajkowskim

Teresa Radziewicz: Na początek dwie sprawy. Po pierwsze - wyobraź sobie, Jakubie, że kiedy do ręki wzięłam debiutancki tomik Izabeli Wageman "W oszukiwaniu snu", jeszcze zanim go otworzyłam, ogarnęła mnie zazdrość. Jej źródłem był... tytuł. Tytuł, który sprawiał, że wracałam do niego i wracam, wciąż potykając się o brak "p". Ten drobny zabieg sprawił, że książkę czytam od razu na dwóch płaszczyznach – podejrzewam zresztą, że zgodnie z zamierzeniami autorki: wiersze na pozór mają oddalić, "odczarować" miejsca, czas, zdarzenia; zapisane, "zakończone" – oddzielić teraźniejszość od przeszłości, a przecież tak naprawdę są wracaniem, utrwalaniem, celebrowaniem – POSZUKIWANIEM, a nie OSZUKIWANIEM.
To jedna rzecz. A druga - bardzo jestem ciekawa, jak Tobie, z jednej strony związanemu ze Wschodem, a z drugiej w zupełnie inny sposób sięgającemu po ten Wschód w poezji, czytało się wiersze Izy?

Jakub Sajkowski: Tytuł to jeden z najmocniejszych punktów tej książki. Przede wszystkim ze względu na zwięzłość i pojemność (po przeczytaniu tego tomu mam wrażenie, że Izabela Wageman znacznie lepiej wypada w formach krótszych, raczej ma dar nieprzewidywalnego, zwięzłego puentowania niż uwodzenia opowieścią).
Ten tytuł doskonale podsumowuje, uzupełnia świat Izabeli Wageman, dziejący się na granicy rzeczywistości, magii czy snu. Faktycznie, jest w tym trochę „czarowania”, oszukiwania – jak w wierszu tytułowym: najpierw maskuję się za jednym imieniem, potem za innym – choć jeśli tylko „oszukujemy” sen, czyli swoje ciało, czyli siebie, to całe te „czary” są być może daremne. W każdym razie, mówiąc „czaruje” nie mam tu na myśli tylko kokieterii – chodzi tu także o czary na serio – jakby poszukując własnej przeszłości należało uciec się do sił wyższych.
Nie wiem jednak jak bardzo jest to „wschodni” tomik. Owszem, na powierzchni – tak (konkretne odniesienia mitologiczne czy religijne). Owszem, jest to książka o poszukiwaniu własnego miejsca czy korzeni. Z drugiej strony wyznanie „połknęłam czarną dziurę i świecę od środka” odrywa te teksty od jednej lokalności – czy to na pewno musi być jedna konkretna metafizyka, czy raczej metafizyka w ogóle?

T.R.: Metafizyka, metafizyka... Ta Twoja "metafizyka w ogóle" to mi się skojarzyła z Gałczyńskim i jego powtarzającym się: liryka, liryka,/ tkliwa dynamika,/ angelologia / i dal - pewnie nie tylko przez brzmienie, ale też przez pewne konotacje z (na przykład): Wy się nie dziwcie, śliczni panowie,/ sześć lat po świecie tułał się człowiek/ i nagle: Polska i harfa eolska,/ po prostu cud jak z nut (...)
I z jednej strony piszę to trochę żartobliwie, a z drugiej – jakby nie było, za wierszami Izy widzę szereg twórców, którzy pisali, że: Do kraju tego... Dzięki Bogu, w naszej książce brzmi jednak nieco inna nuta, wprawdzie miejscami sentymentalna, ale na szczęście wyczuwam dystans autorski. Na szczęście, bo powtórka z romantyzmu w czasach postmodernistycznych byłaby wprost nieznośna.
Trochę porządkując - jest z jednej strony "W oszukiwaniu snu" włączeniem się w ciągłość tradycji, jest pewną próbą erudycji, umiejscowienia się i poruszania pomiędzy różnymi symbolami, kulturami czy ikonami, jak w wierszu "pomiędzy":

 pomiędzy Scyllą a Charybdą rozbitkowie bez tratw
 rozgarniają ciała uczepione powierzchni
 figowych gałęzi

 na wschodzie Awiłajtis niemowa martwe ramiona
 składa oratorium dla jutrzejszych bogów
 z betonowych gajów

 tu próchnieją kosze ze złotymi jabłkami
 przywiędły kwiaty w wieńcach
 Fidiaszu Fidiaszu
 tam Auksztojas z zadartą kosmatą głową
 zasypia wajdelotów w popiele

 my pośród


a z drugiej – to jak najbardziej osobista opowieść połączona z najintymniejszymi wyznaniami:

 więc w każdej ikonie jest Bóg
 w świecy i braku fałdy w płaszczanicy
 spojrzeniach dwunastu apostołów
 mentorskim geście Chrystusa

 mój jesteś w świetle okiennym
 drażniącym źrenice
 gdy śpię


 (Cerkiew).

I zastanawiam się jednak, czy nie jest tego za dużo. Czytam i zastanawiam się, czy bogactwo nie przechodzi miejscami w nadmiar. I osobiście wolę Izabelę Wageman intymną niż Izabelę Wageman erudytkę.

J.S.: Może rzeczywiście nadużywam „mądrych słówch, ale też nie żeby wrzucić to w jakiś romantyczny kontekst ;) – to tylko inne określenie słów: „magiach, „religiach, czyli czegoś, co nieuchwytne/logicznie niewytłumaczalne. To niewątpliwie w tych wierszach jest, a jednocześnie – jak napisałaś – wszystko to się składa na historię osobistą, intymną. A co do twoich zarzutów - z jednej strony można powiedzieć – to dobrze że nie ma tu samych tekstów konfesyjnych. Być może było to zamierzone – żeby intymność przedstawić na jakimś tle, jakoś ją skonfrontować. Muszę ci jednak przyznać rację – najbardziej podobają mi się w tym tomie teksty najintymniejsze. I – co już jest kwestią stricte językową – najoszczędniejsze. Izabela Wageman ma możliwości, żeby stworzyć klimat i napięcie przy pomocy niewielu słów. Mam wrażenie, że to jest to, co mogłoby tę poetkę wyróżniać. Kiedy zaczyna się rozgadywać, są to nadal teksty sprawne, ale znacznie bardziej przewidywalne. Przykład? Tekst pt. „zegarekch. Zaczyna się świetnie – ta gra strachem przed spóźnieniem przed surową babcią/belfrem/wychowawcą, oraz przemijaniem jest znacznie mocniejsza, gdy zostawiona w skondensowanej, niedopowiedzianej wersji (możliwość spóźnienia wywoływała dreszcz (c) dlatego nie nosiłam zegarka. poza tym tylko on pozostał po babci Stanisławie). Nie jest to jednak wiersz skondensowany, jest to wiersz narracyjny – co samo w sobie nie byłoby zarzutem, gdyby nie kończyło się nazbyt oczywistą konstatacją: złoty zegarek zepsułam ze strachu, że usłyszę jak przestanie tykać. Niby klarowniej, ale napięcie trochę „siadach. Oczywiście, trzeba też zadać sobie jednak pytanie, czy po zrezygnowaniu z narracyjności/erudycyjności nie ucierpiałaby różnorodność.

T.R.: No właśnie, właśnie – łatwo nam się wymądrzać, narzekać, wymagać, a przecież odmienność książki Izy, a w tym i urok, polega na owym nakładaniu się różnych warstw. Trochę tak, jakby się przezroczyste kolorowe folie przykładało się do siebie i w efekcie otrzymywało nową jakość - inną. Poza tym mam w wierszach z tomu "W oszukiwaniu snu" swoje ulubione miejsca, w których się zadomowiłam i niech mnie autorka nie próbuje z nich wypędzić. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie przytoczyć przynajmniej kilku fragmentów, takich jak choćby wejście w wiersz "kłębek":

 teraz rodzą się jabłka
 smażone w słodkim zmęczeniu

końcowe wersy "martwych pejzaży":

 (...) pośrodku kleks zachodzącego słońca.

 kolor wylewa się. unosi mnie ku koronie drzewa. na gałęzi
 martwa wiewiórka i parchaty gołąb. faluję na powierzchni, tracę kontur.
 chyba znowu umarłam.

zaklinanie w utworze "u kanoników":

 kochaj mnie obłąkańczo boleśnie i gorzko
 jak Werter jak kat i jak anyż

czy wyznania z tytułowego wiersza:

 byłam Albertyną to znowu Gilbertą
 kotem na wierzbie. wierzbą
 spadałam na cztery łapy. zawsze
 nieuchwytna myśl że jednak nie ja
 pojawiała się i znikała
 w tym samym momencie.

 jak we śnie. na jawie
 zdrętwiało mi ramię.


 (w oszukiwaniu snu).

J.S.: Dla mnie debiut Izabeli Wageman jest książką z przebłyskami – tyle że nie jest to słaba książka z przebłyskami niezłych fraz; raczej – spójna, przyzwoita rzecz z przebłyskami fraz/ wierszy mocnych, błyskotliwych. Nie jest to, co prawda, tomik, który przekonuje mnie w stu procentach – mam jednak przeczucie, że będzie warto sięgnąć po kolejne pozycje tej autorki.

T.R.: Z pewnością warto i jestem bardzo ciekawa, jak pisanie autorki „W oszukiwaniu snu” dojrzeje.

/Teresa Radziewicz – poetka, autorka blogu literackiego reteskowo.blogspot.com/

/Jakub Sajkowski – poeta, tłumacz, współautor blogu literackiego czytnikliteracki.blogspot.com/

Oryginalna recenzja dostępna w sieci [tutaj].
Recenzja ukazała się w kwartalniku literacko-artystycznym sZAFa, nr 44, 2012